W końcu weekend, w końcu piękna pogoda, w końcu (prawie) brak choroby, w końcu czas dla siebie, w końcu rodzinny spacer!
A z wieści biegowych - to nie odpuszczam, chyba, że pada deszcz. Kilogramy jakoś błyskawicznie nie lecą w dół, ale kondycję lepszą mam. Gdy zaczynałam to sił starczyło mi ledwo na 15 minut, teraz spokojnie biegam 35 min. Ruszamy wieczorem tak koło 20-stej, gdy dziewczyny zasną. W czwartek biegałam sama, bo męża nie było. Trochę się bałam, no wiecie, żeby nikt mnie nie napadł i nie zamordowała. Jednak po 5 min przyłączył się do mnie duży, brązowy pies, który towarzyszył mi przez całą drogę. Nie wiem czy zesłały mi go dobre duchy, czy może zapach cieczki Coli, ale czułam się bezpiecznie z takim ochroniarzem. (Wolę myśleć, że to pierwsze :) )